W naszej Parafii mamy dwóch księży Rafałów i dwóch księży z Leszna…
Rzeczywiście, ja należę do obu tych zbiorów. Dopowiem więcej, nie tylko z Leszna, ale z tej samej parafii pw. św. Kazimierza.
Czyli dzieciństwo spędził Ksiądz w cieniu stadionu żużlowego…
Nie do końca. Zanim poszedłem do szkoły mieszkałem u dziadków w Krzywiniu, niewielkim miasteczku położonym około 25 km od Leszna. To dla mnie szczególne miejsce. Najpierw dlatego, że zawsze z rozrzewnieniem wspomina takie beztroskie lata. Dziadek był myśliwym i opiekował się strzelnicą na skraju lasu, stąd większość czasu tam właśnie spędzałem. Ale Krzywiń to także pierwsze wspomnienia o charakterze religijnym. Pamiętam swój zachwyt liturgią sprawowaną przez starego proboszcza i poczucie sacrum, które było dla mnie pierwszym doświadczeniem religijnym jakie wspominam. Nie jest prawdą, że dzieci w kościele nic nie rozumieją. Pan Bóg daje każdemu, ile ten może w danym momencie przyjąć. To są sprawy bardzo osobiste, powiem tylko tyle, że dał mi wówczas dużo.
Do szkoły podstawowej i liceum chodziłem w Lesznie. Ale na żużlu byłem chyba tylko raz w życiu. Nie interesowało mnie to. Lubiłem spędzać czas z grupą przyjaciół, z którymi mam dobry kontakt do dziś. Dużo jeździłem rowerem i chodziłem po lesie.
Liceum to także czas fascynacji architekturą i zabytkami. Wtedy odkryłem Kraków, miasto z którym chciałem związać swoje życie…
Ksiądz urodził się w sutannie?
Z pewnością nie. Ale przyznam szczerze, że Pan Bóg od dzieciństwa był dla mnie bardzo ważny. Ciekawe jest to, że wówczas nie miałem w tej materii szczególnego wzoru czy oparcia w najbliższej rodzinie. Ciągnęło mnie do kościoła, ale nie do końca wiedziałem, jak się to skończy.
Należał Ksiądz do jakiś grup parafialnych?
W podstawówce krótki czas do Oazy. Ale jakoś nie udało mi się na dłużej z tym ruchem związać. Byłem raczej wolnym ptakiem. Wcześnie, bo w VII klasie poznałem zakon Karmelitów Bosych i zacząłem z utrzymywać z nimi kontakt. Jeździłem do nich dwa razy w roku na rekolekcje zamknięte do Czernej pod Krakowem.
Po drugiej klasie liceum pojechałem na tydzień do Taize. Tam na koniec tych niesamowitych rekolekcji Brat Roger mocno podkreślał, byśmy po powrocie do domów zaangażowali się w naszych parafiach. Jak kazał, tak zrobiłem. Był rok 1993. 1 lipca powstała nasza parafia, a ja pod koniec miesiąca zameldowałem się do Proboszcza z informacją, że jestem dyspozycyjny i mogę robić wszystko… Proboszcz zaproponował mi, bym został lektorem w świeżo wybudowanej kaplicy. Ministrantem nie byłem więc ani dnia.
Nowa parafia była niezwykle dynamiczna. Ludzie chcieli coś robić. Ja pomagałem przy formacji kandydatów na ministrantów. Wtedy poznałem naszego diakona Szymona, który był takim kandydatem. Szczerze mówiąc, ja go nie pamiętam, ale on zapamiętał mnie.
Poznał Ksiądz jakiś szczególnych Kapłanów w swoim życiu?
Wielu. Każdy jest szczególny. Pierwszy jakiego pamiętam jest nieżyjący już ks. Franciszek Graszyński, proboszcz w Krzywiniu. Kolejnym jest ks. Kazimierz Pietrzak, który ma dość specyficzną osobowość, ale na mnie robił zawsze duże wrażanie. Także proboszcz rodzinnej parafii ks. Grzegorz Robaczyk pozostawił swój ślad w mojej pamięci. Szczególnie zapisał się w historii mojego życia duchowego ks. Grzegorz Piotrowski, pierwszy wikariusz mojej leszczyńskiej parafii, późniejszy kaznodzieja na moich prymicjach.
Jak Ksiądz wspomina seminarium?
To był wspaniały czas. Ja studiowałem w Lublinie i w Krakowie. Lublin to był czas fascynacji uczelnią. Katolicki Uniwersytet Lubelski to naprawdę szkoła, której polski Kościół nie może się wstydzić. Jednocześnie pobyt w Lublinie dał mi sposobność obserwowania bardzo dynamicznego Kościoła pod wodzą równie aktywnego i oryginalnego pasterza ks. abpa Józefa Życińskiego. Lublin to miasto ludzi młodych. Kilka wyższych uczelni robi swoje. Wszędzie studenci. To także niezwykle zielone miasto, jest tam dużo parków i miejsc, gdzie można czynnie wypoczywać. To wreszcie miasto, gdzie spotykają się ze sobą Wschód i Zachód.
Potem był królewski Kraków. Dostęp do szeroko rozumianej kultury i świadomość, że mieszka się w wyjątkowym pod wieloma względami miejscu na świecie.
Pamięta Ksiądz swoje święcenia?
Takich rzeczy się nie zapomina. Było to 4 maja 2002. Święceń udzielił mi bp Piotr Skucha. Kilka dni wcześniej zostałem poinformowany o swoich dalszych losach.
Było duże zaskoczenie?
Średnie. W naszym seminarium formacja była bardzo indywidualna. Zakładano, że nie każdy nadaje się na katechetę, wikarego, naukowca czy budowlańca. Od trzeciego roku mieliśmy praktykę ukierunkowaną na konkretne zadania. Ja współpracowałem z Wydawnictwem Karmelitów Bosych i przez jakiś czas (pochwalę się) byłem redaktorem naczelnym kwartalnika „Karmel”. Oprócz tego pomagałem w duszpasterstwie akademickim Akademii Ekonomicznej. Mogłem się zatem spodziewać jakie Kościół ma wobec mnie plany. Skierowano mnie do pracy we wspomnianym wyżej wydawnictwie.
Co Ksiądz tam robił?
Byłem redaktorem. Prowadziłem książkę od rękopisu aż do półki w księgarni. Oczywiście to jest długi proces, w który zaangażowanych jest wielu ludzi. Praca bardzo mozolna, zwłaszcza nad pozycjami stricte naukowymi. Miałem tam też swoją działkę – dział dla dzieci.
A duszpasterstwo?
Było. Byłem kapelanem sióstr zakonnych oraz pomagałem w parafii pw. Matki Kościoła, zamieszkiwanej głównie przez byłych wojskowych i milicjantów.
Małopolska i Wielkopolska pod względem religijnym bardzo się różnią. Tam jest więcej osób praktykujących. Także odpowiedzialność materialna za kościół jest większa. I to widać w podejmowanych przez tamte parafie inicjatywach.
Kiedy przeniósł się Ksiądz do Wielkopolski?
W 2004 roku rozpocząłem pracę w Archidiecezji Poznańskiej. Najpierw w Szamotułach. Byłem tam wikariuszem w kolegiacie, katechetą w liceum i kapelanem szpitala. Początki były trudne. Musiałem nie tylko zaaklimatyzować się w nowym środowisku, ale także wdrożyć się nowy rodzaj pracy. Szczególnie ciężko było w szkole. Do dziś mam traumatyczne wspomnienia… Ludzie często nie zdają sobie sprawy, co ich dzieci wyprawiają w szkole i jak odnoszą się do księdza na lekcji.
Potem był Międzychód. Pięknie położone miasteczko na skraju Puszczy Noteckiej. Współpracowałem z sędziwym proboszczem od którego się wiele nauczyłem. Katechizowałem w niewielkim liceum, w sumie 9 klas. Tam odkryłem, że praca z młodzieżą nie musi być koszmarem. To nie było jedyne zresztą odkrycie. Okazało się, że umiem pracować także z dziećmi, których wcześniej się bałem oraz z ministrantami, którzy tam byli niezwykle gorliwi i widać było, że czują się współodpowiedzialni za parafię. Niektórzy z nich byli w stanie zostać na drugiej Mszy w niedzielę, byle tylko było dwóch lektorów do czytania Słowa Bożego.
Jakie wrażenie zrobiła na Księdzu nasza parafia?
Trudne pytanie. Każda parafia jest inna. To, co mnie zaskoczyło, to bardzo aktywny laikat. W naszej parafii jest naprawdę sporo grup duszpasterskich, w których mamy mocno zaangażowanych świeckich. To pewnie jest też charyzmat Księdza Proboszcza, który umie wyłapać i zmotywować świeckich do działania.
Spotkałem tutaj bardzo pogodnych i otwartych ludzi. Nie ukrywam, że na początku było mi trudno wejść w to środowisko i nie mogłem ogarnąć tego wszystkiego, czym się mam zajmować. Teraz jest już znacznie lepiej. Powoli zaczynam czuć się u siebie.
Jakie zadania zostały Księdzu zlecone?
Poza parafią katechizuję w Zespole Szkół Chemicznych. Mam tam 20 lekcji tygodniowo. W parafii opiekuję się ministrantami i seniorami, mam 4 grupy przygotowujące do bierzmowania, jestem asystentem Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży, opiekuję się Oazą oraz pięcioma kręgami Domowego Kościoła. Troszkę współpracuję z gazetką parafialną i Pomocnikami Matki Kościoła. Mam także zleconą opiekę nad częścią chorych parafian, których odwiedzam raz w miesiącu z Komunią świętą. Poza tym prowadzę zwyczajne duszpasterstwo: Msze, spowiedzi, chrzty, śluby i pogrzeby…
Czego na koniec Księdzu życzyć?
Na obrazku prymicyjnym miałem zdanie Pana Jezusa: „Oto ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata” (Mt 28, 20). Chciałbym zawsze doświadczać tej obecności Pana Jezusa.